Hejka!
Dziś przychodzę z kolejną, wakacyjną notką. Te wakacje lecą zdecydowanie za szybko i nie zdążyłam zrobić dwóch trzecich z rzeczy, które zrobić chciałam :( zanim się obejrzę, będę siedzieć w szkolnej ławce i słuchać nauczyciela, odrabiać tony prac domowych, kuć do sprawdzianów..cóż, nauka i zajęcia dodatkowe całkowicie mnie pochłoną - tak jak co roku.
Ale notka miała być o czymś zupełnie innym. Widzicie, łatwo mi się rozgadać.
Podróżowanie zawsze było dla mnie czymś magicznym. Od małego chciałam chodzić, poznawać, patrzeć na nowe rzeczy, uwieczniać je, jeździć autem (nawet ostra choroba lokomocyjna mnie przed tym nie powstrzymała). Mogłam nawet iść z babcią do najbliższego lasu na grzyby, pojechać z dziadkiem na jego działkę, pójść z tatą do sklepu. Mogłam iść gdziekolwiek, byle penetrować każdy zakątek wielkiego świata. Zdawałam sobie sprawę że nie uda mi się zwiedzić wszystkiego, że to, co zobaczę, to tylko 1% naszej planety. Ale nie przejmowałam się tym, obijałam kolana, obcierały mnie buty, padał deszcz - szłam naprzód. Tak mi zostało do teraz, nie poddać się, iść dalej.
Moim marzeniem jest pewnego dnia wyjść z domu o świcie, spakowana w jeden plecak, pójście przed siebie, złapanie stopa (opcjonalnie umówienie się z nieznanymi ludźmi przez bla bla car) i zrobienie sobie wycieczki dookoła świata. Mogę spać pod gołym niebem, spałam już tak nie raz. Mogę zmusić się do jedzenia ohydnych konserw - wszystko, byleby zwiedzać.
Moje serce podbiły góry. Wędrowanie po nich, wdychanie świeżego powietrza, zdobywanie szczytów, uśmiechanie się i mówienie każdej napotkanej osobie "dzień dobry!", przepiękne widoki. Naprawdę, mają one niezwykły urok, mogłabym zaszyć się na jakiś czas w drewnianym domku, siedzieć przy komiku i upajać się ciszą. Co roku wyciągam rodziców na kilka dni w góry. Kwestią sporów jest wybór miejsca - ja upodobałam sobie Bieszczady, mama Tatry. Ale jakoś udaje nam się pójść na kompromis i wszyscy są szczęśliwi. W tym roku wyszłam któryś już raz na Trzy Korony i Palenicę. Jestem z tego faktu naprawdę dumna, bo maszerowanie przez kilka godzin podczas ogromnego upału to nie lada wyczyn!
Naszą drugą rodzinną tradycją jest jeżdżenie nad morze. Niepisana zasada pomiędzy nami brzmi: nie mów innym gdzie jeździmy! Także wybaczcie, ale nie zdradzę nazwy mojej ukochanej małej miejscowości. Zawsze wynajmujemy w tym samym pensjonacie. Wystarczy wyjść na balkon aby usłyszeć szum fal, a kiedy chcę iść na plażę, zajmuje mi to kilka minut. Trzeba tylko pójść prosto, skręcić w lewo, przejść przez ulicę i iść dosłownie chwileczkę przez malutki lasek - i już jesteś na miejscu! Osobiście średnio lubię kąpiele w morzu, troszkę boję się fal, woda jest naprawdę zimna i od razu mam gęsią skórkę. Ale opalanie, czytanie, granie w karty i po prostu siedzenie w blasku zachodzącego słońca to jedna z najlepszych rzeczy jakie mogę sobie wymarzyć.
Pojechałam również na obóz harcerski do lasu - sentyment pozostał, uwielbiam las i jego mistyczną aurę. Chodziłam tam z dziadkami od najmłodszych lat więc bardzo kocham rozbijać w nim namiot, budować szałasy, grać w gry terenowe czy po prostu udawać się na spacerki i myśleć o tym, jakie mam szczęście, że znalazłam się właśnie tam.
Uważam, że najgorszą rzeczą jaką można zrobić, to siedzenie cały czas w domu, stale w jednym bezpiecznym miejscu, zamknięcie się w schemacie. Gorzki smak rutyny? Mam nadzieję, że nigdy go nie poczuję. Chciałabym pojechać jeszcze raz do Włoch, zrobić miliardy zdjęć, znów zjeść pyszną pizzę i lody. Chciałabym zwiedzić Londyn, Paryż, całą Brazylię, Norwegię, Kanadę, pojechać na Malediwy, do Bułgarii, Turcji. Wiem, wiem. Nie uda mi się to. Ale jeśli zwiedzę choć jeden kraj, jedno miasto, chociażby małe miasteczko - będę spełniona.
Życie jest za krótkie na to, żebym utknęła w czterech ścianach i niczego nie zobaczyła. Dlatego obiecuję, że kiedyś dopnę swego i pojadę w wielką podróż.
Jeśli mogę was o coś prosić, to trzymajcie kciuki za to, żebym mogła pojechać w 2017 roku do Niemiec! Straaaasznie mi na tym zależy. Buziaczki xx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz