Hi babes
jest już po świętach i chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, że i ja nie poczułam ich atmosfery. Ale cóż, było, minęło. No właśnie... czy nie tak jest z naszym życiem? Czy tych okresów nie chcecie jak najszybciej przecierpieć, zmęczyć, przejść do kolejnego etapu? Muszę z przykrością przyznać że ja bardzo często myślę w taki sposób. Gimnazjum? Okej, to tylko odcinek czasu, jakoś to będzie, za kilka lat już będę dorosła, skończę szkołę, zostaną tylko wspomnienia. Wizyta u dentysty? Kłótnia? Za godzinę będzie niemiłą myślą z tyłu mojej głowy. Bo przecież życie toczy się dalej...czyż nie? Owszem, taki tok myślenia jest trafny, bezbolesny, wręcz bezpieczny. "Żyjemy. Byle do piątku, byle do świąt, byle do wakacji, byle do lata, byle jak...". To mnie w sumie zasmuca. Nie tak sobie wyobrażałam życie. Jedyne, bezcenne. Rzucając się w wir nauki, zajęć dodatkowych, ja po prostu tonę. Kiedy znajdę się na dnie, aby na zawsze zakopać się głęboko w mule? Muszę niestety stwierdzić, że nawet teraz tak myślę. Czekam na ferie, następnie wakacje, koncert, wyjazd. Przecież i one mogą okazać się porażką, a pewnego zwykłego, jakiegoś dnia może wydarzyć się coś wspaniałego i nie trzeba czekać na specjalne okazje. Od wydarzenia do wydarzenia, jakbym łączyła kolejne punkty. Czuję, że życie przecieka mi przez palce. Tyle rzeczy mogłam zrobić, przepuściłam tyle szans i okazji, a ja nie chcę niczego żałować. Dzieciństwo minęło bezpowrotnie. Młodość jak kamień w wodę. Nie cofnę się w czasie, nie naprawię niektórych rzeczy. Ale oddycham, poruszam się dalej. Straciłam przyjaciela? Słońce przez to nie zgasło, gwiazdy nie spadły. Lecz dla mnie to była tragedia. Ludzie codziennie przeżywają własne dramaty, te małe i te duże, skrywają sekrety pod maską dobrego uśmiechu. Muszą jakoś ciągnąć to dalej. Zmagać się z trudami. Wierząc, że los się uśmiechnie. Niektórzy nie dają rady. Nie mają na co czekać. To jest chyba najsmutniejsze. Brak celów, marzeń, ambicji, punktu, którego można by się złapać, ramion, do których można by się przytulić. Coraz częściej zdarza mi się myśleć według schematu zaciśnij zęby-przeżyj-zapomnij. Przecież od tego się nie umiera. Będzie trochę boleć i przestanie. Tylko nie wolno się poddać. Owszem, skoro to ma mi pomóc, to będę postępować według tego wzoru. Ale ja nie chcę karmić się rutyną, szarością dnia. Chcę odczuć na własnej skórze smak porażki oraz zwycięstwa. To moje życie, jest w moich rękach. Będę robić szalone rzeczy, podejmować decyzje, tracić osoby na których mi zależy - ale nie zamierzam po smutnych wydarzeniach mozolnie ciągnąć ołówka do kolejnego punktu. Chcę każdego dnia uczyć się czegoś nowego, dusić go jak cytrynkę, odnajdywać szczęście w każdej chwili. Nie chcę w poniedziałek żyć do piątku i z nieobecnym wzrokiem zrywać kartki kalendarza. I wam też tego życzę. Żebyście oddychali pełną piersią i niczego nie żałowali. Nie planowali, chociaż wyznaczali cele. Żeby życie wam nie uciekło.

















